Porucznik Wojciech Lipiński-historia bohatera II Wojny Światowej
Urodził się 12 listopada 1921 r. w Bliżynie. Od roku 1925 zamieszkał w Skarżysku Zachodnim, gdy jego ojciec podjął pracę w miejscowej Fabryce Amunicji. Szkołę podstawową „na Bzinie” Wojciech ukończył w 1934 r., a następnie naukę kontynuował w Gimnazjum i Liceum im. A. Witkowskiego w Skarżysku. Do wojny w 1939 roku ukończył I klasę liceum. W szkole należał do elity uczniowskiej, z niezłymi ocenami podstawowych przedmiotów. Zawsze elegancki w ubiorze i zachowaniu (co odziedziczył po ziemiańskim pochodzeniu ojca), towarzyski i uprzejmy. Wyjątkowo zrównoważony i opanowany – nikt nie widział go zdenerwowanym. Szczupły, wzrostu powyżej średniego, wysportowany o szczególnym zamiłowaniu do szybownictwa. Coroczne wakacje w szkole średniej poświęcał nauce pilotażu ( lotniska w Ustianowej i Polichnie). Do wojny uzyskał najwyższą klasę „C” pilota szybowcowego. Wychowywany przez ojca, jak i szkołę im. A. Witkowskiego w duchu patriotycznym, nie mógł pogodzić się z klęską września. 13 listopada 1939 r. wyjeżdża do Zakopanego. Tam, w pierwszych dniach grudnia z zorganizowaną małą grupką Polaków przedarł się zaśnieżonymi Tatrami przez granicę na Słowację. Dalej, z Koszyc przewodnik doprowadził grupę do Budapesztu.Podczas parodniowego pobytu w stolicy Węgier, Lipiński otrzymał „lewe” dokumenty, które po przekroczeniu jugosłowiańskiej granicy umożliwiły mu przejazd pociągiem przez Włochy. A następnie do Francji. Tak dotarł w czasie świąt Bożego Narodzenia do Lyonu, gdzie poszukując kontaktu z Polakami, w dniu 25 grudnia poszedł na „jasełka”, organizowane przez miejscową Polonię. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności spotkał tam Kazimierza Bernasa, skarżyszczanina, przebywającego z grupą polskich pilotów, który także, z braku lepszego zajęcia, przyszedł obejrzeć świąteczne widowisko zorganizowane przez tamtejszych Polaków. Obydwaj, od wielu lat byli ze sobą zaprzyjaźnieni. Z pomocą Kazika, Wojciech dotarł do polskiego punktu mobilizacyjnego w Lyonie, gdzie skierowano go do organizującej się Brygady Strzelców Podhalańskich w Coetquidan. Przyjęto go tam do 1 drużyny, 1 plutonu, 1 kompanii w 2 batalionie w stopniu strzelca z cenzusem.
23 kwietnia 1940 r. w porcie Brest zaokrętowana na krążownik „Colombia” Brygada Podhalańskich Strzelców odpłynęła do wybrzeży Anglii, gdzie dołączyły brytyjskie transportowce z oddziałami Legii Cudzoziemskiej i wojennym zaopatrzeniem. Nocą z 2 na 3 maja, zbrojny konwój dotarł do maleńkiego portu Hardstadt w Norwegii, koło Narwiku, zajętego już przez wojska niemieckie. W swoich pamiętnikach Lipiński tak wspomina swój udział w walkach o Narwik: -
Nasze przybycie do Hardstadt powitał fajerwerk. Falowe naloty bombowców niemieckich, do których Anglicy prali z czego się tylko dało. Od ciężkich karabinów maszynowych po przeciwlotnicze działa, a wśród nich także działka polskiej produkcji zakładów w Starachowicach (Były to działa przeciwlotnicze produkowane na podstawie dokumentacji opracowanej przez Biuro Studiów Zakładów w Starachowicach, w współpracy z szwedzką firmą Bofors, eksportowane do Anglii i tam montowane na okrętach). Krótko zatrzymaliśmy się w norweskich chatkach, gdyż wkrótce przeprawiono nas barkami na drugi brzeg fiordu. Nasz pluton w towarzystwie drużyny narciarzy norweskich miał za zadanie obejść piętrzące się nieopodal góry. Była to piekielnie ciężka próba. Szara noc, zupełne bezludzie i księżycowy, skalisty krajobraz przykryty warstwą śniegu. My objuczeni, podobni do mułów. Mapy niedokładne, bezdroża. Wyposażono nas w rakiety śniegowe, ale mało kto potrafił w nich chodzić. Na dodatek wszystkiego, z niewielkiej odległości, rejon ten obrabia artyleria nieprzyjaciela.
Zmęczeni do ostatnich granic dochodzimy do przetartej, wiodącej nad urwiskiem drogi. Już nam łatwiej dotrzeć do Bjerkvik, w której wcześniej usadowił się nasz podhalański batalion. Zajmujemy czatę po plutonie francuskich strzelców alpejskich. Patrolami penetrujemy górską okolicę. Na czacie nie byliśmy zbyt długo. Schodzimy teraz stromizną nad brzeg fiordu, ładujemy się na stojące tam barki i całą flotyllą „defilujemy” przed opanowanym przez nieprzyjaciela Narwikiem, na jego drugą stronę, ostrzeliwani na szczęście niezbyt celnym ogniem. Wyładowujemy się pod Ankes i natychmiast pchamy się na pasmo wzgórz nad miasteczkiem, gdzie luzujemy Anglików na skalnej platformie. Tutaj nieprzyjaciel z Narwiku ma nas jak na dłoni. Jesteśmy skrajną lewoskrzydłową kompanią Brygady. Penetrujemy plutonami sąsiedni lasek i przesuwamy się nieco do przodu. W samą porę. Na poprzednie, opuszczone przez nas stanowiska spada nawała niemieckiego ognia. Pozostałe kompanie Brygady poszły dalej w stronę gór. Nasza niejako zawisła na krawędzi wzgórza 275. Widok stąd mamy piękny. Brytyjskie okręty z fiordu tłuką po wykrytych pozycjach wroga, osłaniając się równocześnie ogniem karabinów maszynowych przed falowymi atakami stukasów. Kotłowanina wśród gór na lądzie, na morzu i w powietrzu. A my na tych skałkach z nieprzyjacielem wzajemnie się obserwujemy. Tylko snajperzy z obydwu stron polują na upatrzonego. Taka podjazdowa walka, prowadzona małymi patrolami, oraz wyszukiwanie przeciwnika, trwa kilka dni. Wreszcie przegrupowani do generalnego natarcia uderzać mamy wraz z 3 kompanią rtm. Zamojskiego. Oni na osi kościołka w Ankens mają zrolować obronę nieprzyjaciela. My na skrzydle, osłaniać główny kierunek natarcia. Dołem, na morzu brytyjskie niszczyciele ustawiły się wianuszkiem wokół Narwiku i systematycznie, z wrodzoną im flegmą, załatwiają ogniem dział każde wykryte stanowisko wroga. Rakieta i ruszamy. Frontem trzema plutonami, regulaminową tyralierą po trawiastym stoku, lekko pod górę. Jest zielono, bo nagle zaczęło się norweskie lato, a i stok nachylony do nasłonecznienia. Niska trawa jakby się gotowała. To od pocisków niemieckich ckm-ów strzelających od czoła i od szeregów podhalańczyków. Dorwaliśmy się wreszcie do linii niemieckiego oporu. Miejscami dochodzi do walki wręcz. Są straty. Z łamiącej się naszej linii porywam do przodu grupkę żołnierzy. To załamuje Niemców, zaczynają się cofać coraz liczniej i szybciej. Walki jednak nie ustają. Luftwaffe dokłada nam zapalającymi bombami, aż trawa się kopci, ale nas to już nie płoszy. Zadanie wykonaliśmy.
Opanowany, spokojny, wspaniały dowódca naszej kompanii, kpt. Laurentowski postanowił nawiązać łączność z kompanią rtm. Zamojskiego, która zeszła w dół, nad wodę fiordu. Wyznacza mnie na patrol z dwoma strzelcami: - Marzyszem, bystrym chłopakiem (przed wojną kelnerem w „Złotym Rogu” przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie) i Czaplą, pochodzącym ze starej polskiej emigracji do Francji, nawet słabo mówił po polsku.
Trasa niebezpieczna ze względu na liczne stanowiska wroga. Prawdziwy przekładaniec oddziałów naszych i nieprzyjaciela. Bierzemy granaty, ile się tylko da, doświadczenie nas nauczyło, jak są przydatne wśród tych skałek, - i wyruszamy prosto w lasek. Strzelanina ze wszystkich stron. Nie bardzo wiadomo kto i gdzie, tak wszystko przemieszało się w terenie. Docieramy jednak do mocno przetrzebionej kompanii Zamojskiego. Okazuje się, że Niemcy wdarli się na wzgórze 395, gdzie znajdowało się dowództwo batalionu. Natychmiast z moim patrolem włączam się do walki, a za mną kilkunastu strzelców kompanii Zamojskiego. Nasz zdecydowany, ale i desperacki sposób obroniliśmy nasze pozycje na wzgórzu.
Teraz wracamy z meldunkami tą samą drogą, dla pewności czyszcząc ją sobie rzucanymi granatami w każdy podejrzanie wyglądający kąt. Już dochodząc do własnego plutonu zostaję ranny odłamkiem pocisku w głowę, pod hełm. Do dzisiaj tkwi we mnie to żelastwo. Pomimo krwawiącej rany mogę sprawnie się poruszać. Otrzymuję więc polecenie zaopiekowania się trzema innymi rannymi, których doprowadzić mam na tyły batalionu. Zanim dowlekliśmy się do punktu sanitarnego, jeden z rannych umiera. Barką przetransportowano nas do Hardstadt, na pokład zakotwiczonego statku szpitalnego. Tam dowiedziałem się, że 28 maja oddziały sojusznicze zdobyły Narwik i popędziły Niemców aż pod szwedzką granicę.
Statkiem szpitalnym Wojciech Lipiński z licznymi rannymi przetransportowany został do Liverpool, gdzie po krótkim leczeniu powraca do Francji, do swojej Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Zanim jednak wyjechał, w Douglas, na terenie Szkocji, za bohaterską postawę w walkach pod Narwikiem, otrzymuje z rąk Naczelnego Wodza, gen. Wł. Sikorskiego srebrny Krzyż Virtuti Militari, jako jeden z pierwszych żołnierzy polskich na Zachodzie.
W walkach pod Narwikiem Lipiński ujawnił swoją wspaniałą cechę - bohaterstwo, podrywając dwukrotnie strzelców podhalańskich do desperackiego ataku na wroga, w chwili gdy własne linie łamały się pod jego natarciem.
Od wielu szkolnych, przedwojennych lat znałem Wojtka. Mieszkaliśmy w pobliżu siebie i byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Często grywaliśmy wspólnie w piłkę nożną, lub w tenisa na stadionie K.S. „Granat”. Wojtek, zawsze dystyngowany, podczas gry poruszał się „na sztywnych nogach”, nigdy nie przejawiając agresywnego zaangażowania. Był człowiekiem bardzo skromnym i po skończonej wojnie, kiedy spotykaliśmy się w Warszawie, niechętnie wspominał o swoich wojennych dokonaniach. Pokazał mi wreszcie kilka dokumentów z tamtego okresu, a wśród nich fotografię z dekoracji Krzyżem Virtuti Militari przez gen. Sikorskiego, oraz dyplomu potwierdzającego tą dekorację ”W UZNANIU WYBITNYCH CZYNÓW WOJENNYCH” wydanego ponad rok później (19.VII.1941 r.), co tłumaczyć można zamieszaniem wojennym po upadku Francji, i pospieszną ewakuacją Polskiej Armii do Wielkiej Brytanii.

Naczelny Wódz gen. Wł.Sikorski dekoruje Krzyżami Virtuti Militari pierwszych żołnierzy za walki pod Narwikiem.
Za chwilę Srebrny Krzyż V.M. otrzyma Wojciech Lipiński (Douglas-czerwiec 1940r.)
Z chwilą kapitulacji armii francuskiej w dniu 17 czerwca 1940 r. Brygada wycofywała się w stronę granicy hiszpańskiej. Dotarła do portu Bayonne, w którym znajdował się polski transatlantyk „Batory”. Niemal na godzinę przed odpłynięciem Brygadzie udało się załadować na statek. 27 czerwca 1940 r. s/s Batory wpłynął do portu w Plymonth, skąd Brygadę skierowano do Szkocji. Tam Lipiński ukończył Szkołę Podchorążych i wkrótce został awansowany na oficerski stopień podporucznika, oraz mianowany instruktorem tworzącego się plutonu jugosłowiańskiego.
Zimą 1941/1942 r. rozpoczęły się loty nad Polskę z pierwszymi skoczkami spadochronowymi dla niesienia pomocy walczącej Armii Krajowej. Była to ryzykowna akcja, o krańcowym zagrożeniu. Długi, wielogodzinny przelot ciężkim bezbronnym samolotem nad terenem wroga, wystawionym na ostrzał z ziemi i ataki myśliwców, był czynem wymagającym odwagi. Wczesną wiosną 1942 r. Lipiński ochotniczo zgłasza chęć skoku do Polski. Przeszkolony w tzw. „głupim gaju”, jednostce specjalnej przygotowującej skoczków do trudnych zadań w kraju, dodatkowo szkoli się jeszcze do pracy w wywiadzie ofensywnym. Po uzyskaniu ocen pozytywnych, 29 grudnia 1942 r. zostaje zaprzysiężony i otrzymuje konspiracyjny pseudonim „Lawina”, którym będzie się posługiwał w Polsce do końca okupacji niemieckiej.
Nocą 13/14 marca 1943 r. w ramach operacji pod kryptonimem „Brick”, Lipiński „Lawina” z trzema innymi „cichociemnymi” skoczył w pobliżu Niekłania. Z pomocą skrzynki odbiorczej, skoczkowie decydują dojechać do Warszawy przez Koluszki, aby uniknąć rygorystycznych kontroli żandarmów, gestapo, bahnschutzu na stacji kolejowej w Skarżysku-Kamiennej. Wsiedli do pociągu w Niekłaniu, ale podczas jazdy natrafili w Tomaszowie Mazowieckim na kontrolę żandarmów niemieckich. W. Lipiński i J. Messing zostali zatrzymani i osadzeni w więzieniu gestapo, które na szczęście nie rozpoznało ich jako cichociemnych. Dwóm pozostałym skoczkom udało się uniknąć aresztowania, gdyż żandarmi zadowoleni z zatrzymania dwóch osób, zrezygnowali z dalszej penetracji pociągu. Okrutnie torturowanych przetrzymywano w brudnych , zawszonych celach. Konspiracja ruszyła z pomocą. Więzionych udało się po kilkunastu dniach wykupić, w czym dopomogło im zachorowanie na tyfus, którego Niemcy panicznie się obawiali (konspiracyjnie do celi dostarczono im wszy zarażone prątkami). Lipiński, który właśnie przechodził kryzys chorobowy, po uwolnieniu z więzienia natychmiast został przewieziony i ukryty w osiedlu „Bór” w Skarżysku, gdzie zaopiekował się nim felczer Bedlewicz.
Na zlecenie Komendy Głównej AK na dalsze leczenie został przewieziony do szpitala na Ochocie w Warszawie. Ze Skarżyska przetransportowano go w oryginalny sposób. Przyjechała po niego z Warszawy sanitarka z dr Ireną Semendi i trzema polskimi granatowymi policjantami (z konspiracji). Lipińskiego jako niebezpiecznego bandytę z rozpoznaniem tyfusu konwojowali policjanci w kaftanie bezpieczeństwa . Pomimo kilkakrotnych kontroli na drodze, sanitarce udało się szczęśliwie dotrzeć do Warszawy.
Po paru tygodniach rekonwalescencji Lipiński „Lawina” został skierowany do Oddziału II Komendy Głównej AK, Wywiadu Ofensywnego. Jako oficer referatu „Wschód”, z nominacją na zastępcę kierownika ośrodka wywiadowczego w Mińsku na Białorusi, wielokrotnie wyjeżdża na tereny wschodnie, poza granicę przedwojennej Polski. Penetruje Kijów, Kowno, Rygę, w których organizuje swoich informatorów. Wyjazdy te wiążą się z ogromnym ryzykiem „wpadki”, ze względu na duże zagęszczenie niemieckich jednostek policyjnych i wojska, oraz cofający się front wojenny.
Jednym ze szczególnie spektakularnych osiągnięć „Lawiny”, było wykrycie niemieckiej prowokacji z udziałem „szaulisów” łotewskich. Na terenie Litwy i Łotwy znajdowały się duże grupy Polaków, którzy z pomocą miejscowych rybaków zamierzali przedostać się do Szwecji. Szaulisi podający się za właścicieli kutrów, godzili się za średnią kwotę 2000 dolarów przewieźć chętnych na szwedzki brzeg. Po zainkasowaniu żądanej kwoty od kilku osób, wypływali na pełny Bałtyk, by tam załoga kutra wyrzucała pasażerów do morza, powracając po następnych ochotników. Lipiński niemal natychmiast po rozpoczęciu tej akcji, szeroko wśród Polaków reklamowanej przez szaulisów o łatwej możliwości „dotarcia do Szwecji”, stwierdził jej rzeczywiste skutki. Nie tylko poinformował o tym Polaków zainteresowanych ewakuacją do Szwecji , ale spowodował likwidację kilku uczestniczącej w niej szaulisów.
Wiosną 1944 r. po zajęciu wschodnich terenów Polski przez radziecką armię, „Lawina” został odwołany do Warszawy, gdzie otrzymał nominację na z-cę kierownika komórki bezpieczeństwa w centrali Armii Krajowej.
Po zakończeniu wojny, Lipiński ujawnił wobec władz zaledwie część swojej działalności wojennej, co nie uchroniło go od dochodzeń Służby Bezpieczeństwa i kilkakrotnych aresztowań. Pierwsze prace podjął na skromnych, urzędniczych stanowiskach w Warszawie. Podjął też zaoczne studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Łodzi. Pracę magisterską napisał z zakresu prawa samorządowego u prof. dr. hab. Ludwika Bara. Krótko przed ukończeniem studiów otrzymał pracę kierownika kancelarii ministra budownictwa. W dalszej swojej pracy zawodowej pozostał wierny budownictwu.
Jako zdolny organizator został mianowany dyrektorem naczelnym Biura Projektów Przemysłowych w Warszawie. Z początkiem lat 60-tych został oddelegowany do realizacji wielkiego projektu budowy Zakładów Chemicznych w Puławach, otrzymując nominację na dyrektora d/s ekonomicznych i wyposażenia tych Zakładów. Po przekazaniu do eksploatacji Zakładów w Puławach, powraca do Biura Projektów Przemysłowych.
Szczególnie ważnym dla kultury kraju była odbudowa Zamku Królewskiego w Warszawie. W styczniu 1971 r. powstał „Komitet Odbudowy Zamku Królewskiego” w skład którego powołano również Wojciecha Lipińskiego. Podstawową odbudowę Zamku realizowały Przedsiębiorstwa Konserwacji Zabytków pod kierownictwem głównego projektanta, prof. J. Bogusławskiego, obok wielu drobnych, wyspecjalizowanych zakładów rzemieślniczych. Szefem Komisji Architektoniczno Konserwatorskiej był prof. J. Zachwatowicz, a dyrektorem Biura d/s Organizacji i Koordynacji budowy i wyposażenia został W. Lipiński. Za pracę przy odbudowie Zamku otrzymał odznaczenie Rządowe.
Kierownictwo oddanego społeczeństwu i kulturalnej „eksploatacji” Zamek Królewski w Warszawie objął w roku 1980 prof. Aleksander Gieysztor.
Poza Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari którym został odznaczony za wojenną działalność, Wojciech Lipiński otrzymał szereg odznaczeń i wyróżnień, wśród których w roku 2003 Honorowe Obywatelstwo m. Skarżyska.
W roku 1985 Wojciech Lipiński przeszedł na zasłużoną emeryturę. W ostatnim roku życia zaczął objawiać chorobę Alzheimera. Zmarł 5 lipca 2004 roku. Pochowany w Panteonie Żołnierzy Polski Walczącej cmentarza wojskowego w Warszawie przy udziale kompanii honorowej WP., delegacji kapituły Kawalerów Krzyża VM, pocztu sztandarowego jednostki „Grom”. Żegnali Go żona Grażyna, oraz bardzo liczne grono przyjaciół i kolegów. Na życzenie żony, jedyne przemówienie pożegnalne, wygłosiłem osobiście, pozostając Jego przyjacielem do ostatnich chwil życia.
Jerzy Krauze

{fcomments}

{fcomments}










Uwaga: Publikując komentarz, wyrażasz zgodę na Regulamin Serwisu i akceptujesz zasady przetwarzania danych osobowych opisane w Polityce Prywatności.
Nick, treść komentarza i Twój adres IP są przetwarzane zgodnie z RODO w celu moderacji i bezpieczeństwa Serwisu.