Paryska 232A | Skarżysko-Kamienna +48 663 01 55 99 kontakt@skarzysko24.pl
Teraz
19°C
|
Jutro
13.21°C | 23.46°C
- Reklama -
Image

Jak Ponury więzienie w Pińsku rozbijał (cz.2)

Istotnie nikt nie wiedział, gdzie w tej chwili znajdował się kpt. „Wania". A on właśnie został przewieziony samochodem nocą do więzienia w Stolinie, miejscu cichym, spokojnym, ale z mocną obsadą strażników i żandarmerii.

Leży ono na południowy zachód od Dawidgródka - w odległości pięćdziesięciu km, nad ową nieszczęsną rzeką Horyń, przy trakcie do Sarn. Szefem jest tu podstarzały podoficer żandarmerii, próbujący być ostrym służbistą. Raz i drugi podczas przesłuchania uderza „Wanię" w twarz i wymyśla mu od polnische Schweine. Jednocześnie dużo wie o dotychczasowym przebiegu śledztwa. Kapitan postanowił więc rozegrać to va banque:

 - Ja ci mówię, że jestem włoskim arystokratą i mam tu do przejęcia majątek - a widząc, że tamten uśmiecha się ironicznie, dodał:

 - Ty wierzysz w to, że jestem polskim sabotażystą i zrzutkiem z Anglii, tak ? - gdy tamten potaknął głową „Wania" kontynuował:

 - Załóżmy, że tak jest. To, czy myślisz, że ja tu jestem sam ? Bez moich ludzi ? Ty tu masz żonę i dzieci. Ty, twoja żona i dzieci żyjecie tak długo, dokąd ja się ukazuję codziennie w oknie mej celi. Jeżeli mnie moi ludzie nie zobaczą przez trzy kolejne dni, w czwartą noc masz gwarantowany wybuch granatu w swoim mieszkaniu. Więc w co wolisz wierzyć ?

 - Rauss! Du Verfluchte, polnische Schweine ! - rozdarł się podoficer i kazał żandarmom zgarnąć kapitana do celi.

Od tego czasu coś się diametralnie zmieniło w traktowaniu akurat tego więźnia. Tylko jego celę zaczęto dość intensywnie opalać, jedzenie przynosił półgłuchy strażnik z żandarmskiej kantyny, czasem nawet paczkę papierosów podrzucił. A kapitan już całkiem oniemiał, gdy jego milczący opiekun przyniósł mu odpowiednio sprofilowane łupki drewniane, bo przecież złamana noga „Wani" nie była w ciągu miesiąca ani razu należycie opatrzona. Więc kapitan zmusił osiłka, aby wziąwszy połamaną kończynę między nogi, ciągnął ją tak długo, aż kapitan zemdleje. Zemdlał trzy razy, ale złamanie zestawili.

Od tego czasu mieli wzajemnie od siebie spokój. Oni go nie niepokoili, on - wiedząc, że jest obserwowany przez judasz - codziennie w samo południe pokazywał się w okratowanym oknie swej celi. Za to noce miał pracowite. Dwa razy w ciągu każdej nocy zwlekał się z pryczy i katował obłędnymi treningami obie nogi.

I czekał.

Tymczasem „Ponury" i „Czarka" szaleli. Gotowi, nabuzowani energią, chcieli działać natychmiast. Ale gdzie ? Ppłk „Waligóra" nakazywał cierpliwość i zdyscyplinowanie, zapewniając, że pozostałości siatki wywiadowczej Odcinka III na Polesiu nie zostały całkowicie pozrywane masowymi  aresztowaniami i cały czas pracują przede wszystkim nad trafieniem na ślad „Wani". Ale czas płynął nieubłaganie, bez rezultatu. Obaj oficerowie nie siedzieli jednak bezczynnie. Co tydzień się zmieniali i kiedy jeden siedział za Bugiem i dopingował istniejących i potencjalnych informatorów do skutecznego działania, drugi - poza wszelkimi zakazami i mimo braku jakichkolwiek upoważnień - powiększał na dziko skład przyszłej ekipy uderzeniowej. Ale gdzie ona miała atakować, nie byli w stanie powiedzieć i wtedy zasłaniali się tajemnicą wojskową. W ten sposób „Ponury"  zwerbował do grupy uderzeniowej dwóch kolejnych cichociemnych: por. Wacława Kopistę „Krę" i por. Michała Fijałkę „Kawę". Obaj pochodzili ze zrzutu 1 IX 1942 roku i przydzieleni teoretycznie do II i III Odcinka, najpierw przez jakiś czas „uczyli się okupowanej Polski", a potem wyjazd ich wstrzymano do czasu wyjaśnienia się sytuacji za Bugiem. Więc teraz już mieli sytuację wyjaśnioną.

Wtedy właśnie przyszedł meldunek, że „Wania" znów zniknął, ale tym razem ze Stolina. Dokąd teraz go Niemcy wywieźli ?

 - Boh znajet - mówił nieodmiennie por. „Czarka".

Ale tym razem nie tylko Boh znał. Członek siatki wywiadowczej mgr Wojnarowski, właściciel apteki w Pińsku, dał przez swego kuriera znać prosto do Warszawy, że jego człowiek pracujący w więzieniu zameldował, iż onegdaj przywieziono ze Stolina do pińskiego więzienia dwóch ludzi: jednego (olbrzyma ze złamaną nogą) i drugiego (małego i pucołowatego). Niestety trzeciego nie przywieziono. Kasjer administracji więziennej Michał Paszkiewicz „Jelina", członek wywiadu akowskiego, nie miał wątpliwości, że są to „Wania" i „Azor".

I wtedy dopiero „Ponury" (vel „Donat") napisze w swoim pięciostronicowym meldunku (z 27 II 1943 r.), że:

„31 XII 1942 r. Donat na odprawie u przełożonego otrzymał rozkaz zwolnienia naszych ludzi: „Wanię", „Rysia" i „Azora"".

Czyli poprzedni miesiąc, w którym „Ponury" i „Czarka" znali już swe zadanie, ale zabroniono im nawet działań przygotowawczych. Zakaz ten świadomie łamali, co okazało się czasem błogosławionym.

Teraz, kiedy ich przygotowania były „nielegalne, ale daleko posunięte", poszło już jak po maśle. Oczywiście, na ile wtedy jakiekolwiek anty okupacyjne działania mogły tak iść. Główna ekipa uderzeniowa była w komplecie i liczyła szesnaście osób. Składała się po połowie z ludzi z Warszawy i wachlarzowców brzeskich.

Rozpracowanie więzienia oraz rozeznanie sił przeciwnika tak w samym mieście, jak i na całej trasie dojazdu i odskoku, były dopracowane do najmniejszego detalu. O ile, oczywiście, przeciwnik nie dokona jakichś zmian w ostatniej chwili.

Zebrane wieści nakazywały traktować przeciwnika nadzwyczaj poważnie. Budynki więzienia leżały na zachodnich peryferiach miasta. Cały ten kompleks otoczony był pięciometrowej wysokości płotem, zwieńczonym na szczycie skrętownicą drutu kolczastego. Wewnątrz było także kolejne ogrodzenie, również z drutem kolczastym. Na płotach były wysokie wyżki strażnicze, w nocy obsadzone wartownikami. Aby dotrzeć do bloku męskiego, trzeba sforsować trzy solidnie uzbrojone bramy. Administracja więzienia i mieszkania dwóch Niemców - komendanta i jego zastępcy - mieściły się na wewnętrznym podwórcu.

W kilkudziesięcioosobowej załodze więziennej tkwiło na szczęście dwóch żołnierzy miejscowej siatki AK. Jeden z nich był klucznikiem. Niepokoiły jednak dwie istotne sprawy. W dwudziestotysięcznej ludności zamieszkującej Pińsk, Polacy - po masowych wywózkach przez Sowietów w latach 1939-1941 - byli w zdecydowanej mniejszości. Zarówno Białorusini (3600) jak i niedobitki Żydów (w sierpniu 1941 roku było ich tu jeszcze 12 tys.) stanowili nadal zdecydowaną większość, a trzeba zważyć, że spora grupa z nich - szczególnie Białorusinów - była nastawiona antypolsko.

I wreszcie Niemcy. Ich, oraz wspomagających ich sojuszników, było w mieście ponad 3 tys.: dwustuosobowa zmotoryzowana kompania Schutzpolizei do zwalczania partyzantki, stu żandarmów niemieckich, trzystu policjantów białoruskich, batalion Wehrmachtu, batalion Kozaków, dywizjon marynarki rzecznej (wyposażeni w broń ciężką i pancerną) oraz wszelkiego rodzaju uzbrojone formacje ochronne: kolei, poczty, magazynów wojskowych.

Nie ułatwiał także sytuacji fakt, że po przeciwnej stronie ulicy Brzeskiej, przy której było usytuowane więzienie, z lewej strony znajdowała się szkoła, w której kwaterował ówże batalion Wehrmachtu (ośmiuset ludzi), z drugiej zaś, w odległości trzystu metrów, działało kino, często odwiedzane przez tychże żołdaków. Jest to i dobrze, i źle. Bo ta uliczka, w zasadzie całą dobę pusta, zaludniała się tylko późnym popołudniem, gdy na pierwszy seans waliła hurma wojaków z przygodnymi panienkami. Wtedy i wokół więziennej bramy czyniło się na kilkanaście minut bardzo ludno.

14 stycznia w Warszawie zapadła decyzja w sprawie daty uderzenia na więzienie pińskie - 18 I 1943 roku, godzina 17.00. Za cztery doby będzie po wszystkim. Tak albo inaczej.

A tymczasem kpt. „Wania" walczył coraz ciężej o życie. Teraz już wie, że przetrzymywanie jego i towarzyszy w więzieniach zarówno w Dawidgródku, jak i Stolinie było uwerturą do prawdziwego spektaklu. Tam ich złomotano solidnie, przesłuchano i dano względny spokój. Im, ale nie sprawie. Bo przez ostatni miesiąc nad protokołami ich zeznań wielokrotnie powtarzanych na ten sam temat zasiadł sztab wytrawnych analityków i badał każde słowo. Przecież akurat ci więźniowie, to nie są złodzieje, których przyłapano na kradzieży drewna w lesie. W takim wypadku sprawa byłaby prosta i krótka - zatłuczenie w więzieniu albo powieszenie na rynku miasteczka w ramach publicznej egzekucji.

Ale oni wiedzieli, że mają w rękach tuza. Wielkiego Tuza. Postanowili więc, że zanim pozwolą mu umrzeć, wyrwą z niego wszystko, co wie, może razem z bebechami. Więc już od 10 stycznia zjechali się do Pińska różni spece zarówno od psychologii, jak i przeróżnych tortur. Po trzech dobach takiej karuzeli kapitan był tak zmasakrowany, że nie widział, ani nie słyszał nic. Nawet i to, co usłyszał od pochylającego się nad nim klucznika:

 - „Ponury" prosi jeszcze tylko o trzy doby - uznał za majak w malignie.

Ale gdy zapadł w głęboki sen i obudził się rano dziwnie odświeżony, postanowił temu „ponurowskiemu" majakowi zawierzyć jeszcze te trzy doby walki o życie.

W tym zaś momencie „Ponury" i „Czarka" dopinali ostatnie detale akcji. Z Pińska przyszły ostatnie meldunki: stan uwięzionych - 54 osoby, w tym dziesięciu partyzantów sowieckich. Straże więzienne liczą: dzienna ośmiu, nocna dwunastu ludzi. Wszyscy są Polakami, ale wątpliwej konduity. Kierowniczą ekipę warszawską sukcesywnie przerzucano za Bug i rozmieszczano pojedynczo na sprawdzonych kwaterach.

13 I „Ponury" po raz kolejny pojechał do Pińska i spotkał się w sekretnym miejscu z „Jeliną". Ten bez słowa wyjął z kieszeni gruby plik zawinięty w gazetę i położył go przed por. Piwnikiem. 40 tys. Marek ! Nie Renten (lichszych), a Reichs-marek, czyli najtwardszej waluty III Rzeszy. Ostatnie podejście do wykupienia nie udało się.

 - Wszyscy teraz tak się boją, że za 400 tys. marek także by się nie zgodzili - mówi, jakby tłumacząc się, więzienny księgowy.

 - Trudno, panie „Jelina" - odzywa się „Ponury".

 - Wyczerpaliśmy wszystkie inne możliwości. Poza tą ostatnią. Nasz człowiek ma służbę dopiero pojutrze, tak ? - spytał, a gdy „Jelina" w milczeniu potaknął, ciągnął dalej:

 - Niech powie „Wani", że ja proszę jeszcze tylko o trzy doby - i jakby chciał bardziej podkreślić wagę tej prośby, podsunął „Jelinie" przed oczy dłoń z rozczapierzonymi trzema palcami i powtórzył dobitnie:

 - Tylko trzy doby !

17 I wszystkie wozy przewidziane do akcji były już na miejscu. Także pełna szesnastka ludzi nocowała w dwóch odrębnych kwaterach. Jeszcze raz powtórzyli podział zadań. Pierwsza grupa, uderzeniowa: „Ponury", „MSZ", „Esesman" i „Motor" w osobowym oplu; jako ubezpieczenie: „Wrona" i „Płomień". Druga grupa: „Czarka", „Kra", „Jastrząb" i „Dzik". Trzecia grupa: „Kawa", „Kmicic", „Ryks" oraz „Dym". Odwrót ubezpieczą „Monter" i   „Pakunek" z ciężarowym fordem. Osobne, bardzo ważne zadanie sekundowe ma „Drucik", punktualnie o godzinie 17.00 w dniu akcji. Tak samo „Duglas" z ciężarowym chevroletem ubezpiecza akcję kilkadziesiąt kilometrów dalej na szosie Pińsk-Kobryń. Oto wspaniała szesnastka (plus dwóch) drugiej wojny światowej.

Cdn...

Cezary Chlebowski „Ponury - major Jan Piwnik 1912 - 1944" Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2006 (fragmenty) 

Zdjęcia - reprodukcje z prywatnych zbiorów autora

Mariusz Gruszczyński

pierwsin.png
Mariusz Busiek's Avatar

Mariusz Busiek

Aktualności
Sport
Kronika policyjna
- Reklama -
zyczeniadziensamorzadu.jpg
zyczenia_dzien_samorzAdowca.jpg
dompogrzebowy_out.jpg
Najnowsze artykuły
Zaproszenia
- Reklama -
Dobre Fotki Mariusz Busiek
Ostatnio komentowane
Ostatnio popularne
Na naszym Facebooku
Informacje praktyczne
Redakcja
ul. Paryska 232A/3
26-110 Skarżysko-Kamienna
+48 663 01 55 99
+48 508 12 72 16
kontakt@skarzysko24.pl
Nota prawna

Wydawca portalu skarzysko24.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i postów zamieszczanych przez użytkowników portalu. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

Logowanie